
Jacek Dąbrowski. Dziennikarz,
komentator telewizyjny, choro-
ski radny i jeden z założycieli zes-
połu LZS Choroszcz. Doskonale
znany wszystkim kibicom sportu
nie tylko w Choroszczy, ale i w
regionie. Konferansjer, historyk i
pasjonat sportu, wieloletni dzia-
łacz sportowy.
Jeszcze do niedawna "pejzaż" amatorskiej piłki to łąkowe boisko pełne kęp trawy i dziur, a czasem nawet gdzieniegdzie obłożone krowimi minami i przede wszystkim zbita z drzewa bramka, niejednokrotnie bez siatek... Nieopodal pola i pasące się zwierzęta. Wzdłuż wysypanych paskiem linii bocznych ustawiona lub siedząca na trawce spora grupka kibiców z danej miejscowości. W przerwie zawodnicy drużyn w wypłowiałych, porozciąganych i podartych koszulkach, a czasem i bez nich odpoczywają na trawie szukając cienia przy zaparkowanym Żuku lub ciągniku, którym przyjechali na mecz. Zmęczeni popijają napoje czasem coś mocniejszego, no i rzecz jasna pół drużyny z papierosami w ustach analizuje grę lub też omawia dyskotekowe wyczyny ostatniej nocy. Mecz to wybijanka piłki tu i tam - kopanina bez spalonych, często nawet bez sędziów - zakończona niejednokrotnie bijatyką. Ktoś powie i co to ma wspólnego ze sportem?!
Tak na gminnych boiskach było całkiem niedawno, bo jeszcze w latach 90... Dziś liga gminna nie musi być już nazywana "ligą buraczaną". Dzięki dotacjom z gmin zespoły występują w eleganckich strojach piłkarskich. Boiska chociaż pozostawiają jeszcze wiele do życzenia już coraz rzadziej przypominają pastwiska, sędziowie zbierają protokoły i za chwilę wyprowadzą drużyny na murawę. Tylko szatni brak... Najgorzej jest, gdy pada deszcz, wtedy szatnią jest samochód. Ale zespołom z gmin Choroszcz, Dobrzyniewo i Zabłudow to nie przeszkadza – grają - mają swoją gminną ligę, swoje gwiazdy, emocje, kibiców, a nawet i stronę internetową. W powiecie białostockim tylko te trzy gminy prowadzą takie rozgrywki. Najliczniejsza jest liga w Choroszczy, gdzie gra 10 drużyn, w pozostałych gra 8. Kiedyś niezłą ligę miał Tykocin i Juchnowiec.
Drużynom wiejskim nie chce i nie opłaca się zgłaszać do PZPN-owskiej Klasy B, gdzie są nawet 100 kilometrowe wyjazdy i koszty takowej gry są znacznie wyższe, nie mówiąc już o treningach chociaż poziomem najniższa liga w Okręgowym PZPN wcale nie jest gorsza od gminnej. Klasę B lub A mają te gminy, które nie mają wielu zespołów LZS - tam wystarczy jeden. Grają sami swoi, miejscowi amatorzy. Tu jeszcze "okręgowa komercja" nie zawitała jak dzieje się to od lat w zespołach klas wyższych, gdzie ciężko w drużynie z małego miasteczka odnaleźć "swojego". Tu jeszcze za zwycięstwo nie ma pieniędzy, lecz satysfakcja, pucharek, medal za 5 zł i wyjazd na turniej powiatowy, a później może i wojewódzki - czyli taką LZS-owską ligę mistrzów. Tu nie ma sponsorów, chyba że miejscowy sklepikarz, którego syn bądź kuzyn gra, fundnie "coś tam" po meczu. Ale liga gra... i cieszy się wielkim zainteresowaniem. Młodzież czasem mocno zmęczona po dyskotece nie zważając na nic, wychodzi do walki, panowie z brzuszkami, którzy jeszcze nie mają zamiaru założyć kapci, raz po raz korzystając ze zmian hokejowych, wbiegają by coś udowodnić.
Miejscowa ludność nie raz powiadomiona o meczu przez plebana podczas ogłoszeń w kościele pozostawia gospodarstwo, telewizję, młodzi - internet i... idzie dopingować na pobliskie boisko swój zespół, wiedząc że na trybunach (czyli w rzędzie ławek, oczywiście jeśli są) nie dojdzie do zamieszek "kiboli". Dziewczęta jak zawsze wystrojone "topowo" podziwiają walecznych "herosów" przez co mobilizują nie tylko swoich, ale i przyjezdnych do walki. Mecz jest rozrywką dla "ludu". Kiedyś w Klepaczach naliczyłem go ponad setkę.
Po meczu zaś typowe są refleksje przy browarku do późnych godzin. Dzięki lepszym czasom w internecie już można zobaczyć wyniki i tabele, a może i filmik na YouTube. Może nawet w gazecie coś w tygodniu napiszą? Tylko wówczas może we wsi być problem. Kilka lat temu, gdy pewna wieś była liderem tabeli gazety z tą informacją rozchodziły się w sklepie tak ekspresowo, że trzeba było zamawiać większy nakład. Co znaczy więc być liderem, wygrać mecz w rozgrywkach ligi gminnej!
Zmęczony, obolały, a niejednokrotnie przegrany schodzę z boiska patrząc na fioletowe od siniaków nogi. Nie raz myślę sobie, po co mi to? Tu nie ma gwaru wielotysięcznej widowni i śpiewu kibiców, a jedynie odgłos krowy na łące, czasem słychać jeszcze, ryk motorów i odjeżdżających aut oraz wołanie kolegi abym pospieszył się, bo za chwile w telewizji transmisja "wielkiego meczu". Po co mi to? Może po to, aby podziwiając piękne telewizyjne gole pomyśleć czasem, że przecież tam w Izbiszczach czy Złotorii też padły dziś piękne bramki, że mój kumpel strzelił prawie jak Messi, a i emocji nie brakowało.
Ot i cała piłka nożna... ot i cały sport.
Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników portalu. Sportowepodlasie.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Przed dodaniem komentarza prosimy o zapoznanie się z regulaminem.
Partnerzy